ŚWIĘTY HUBERT

Św. Hubert od razu kojarzy się z knieją, z odgłosem trąbki myśliwskiej, trzaskiem gałęzi łamanych przez uciekającego zwierza, z poszumem w konarach drzew. Czy jednak kojarzy się dlatego, że miejscowość Saint-Hubert, położona w Ardenach, znajduje się rzeczywiście pośród pięknych lasów, stosunkowo mało jeszcze skażonych dymami z fabryk lub niepokojonych inwazjami nieoględnych turystów, którzy nie potrafią uszanować przyrody, nie odczuwają jej majestatu? Odpowiedzieć na to pytanie w sposób zwięzły i krótki nie byłoby rzeczą łatwą. Należałoby przecież powiedzieć przede wszystkim: i tak i nie, bo w tych skojarzeniach kryje się motyw, który w dziejach kultu Huberta odegrał rolę przemożną, decydującą, ale prawdę mówiąc z samym bohaterem, z biskupem Hubertem i jego działalnością niewiele miał wspólnego.
Przedstawmy najpierw to ostatnie, a więc życie świętego, którego powinniśmy czcić i uważać za swego orędownika w niebie. Gdzie się urodził, nie wiemy. W każdym razie na świat przyszedł około 655 r. - tak wnioskować można   z wieku, o którym napomykano po jego zejściu ze świata. Pochodził zapewne z rodziny jakiegoś możnowładcy, później utrzymywano, że z rodziny panów akwitańskich. Miał być także spokrewniony z dworza­nami Pepina II, ale to wszystko dowolne i późne przypuszczenia.
Przypuszczano ponadto, że wstąpił w związek małżeński i że miał z niego syna Floryberta, który po nim zostanie biskupem Liege. Wykluczać tego późnego twierdzenia nie możemy, bo wiemy dobrze, że w tych czasach powoływanie na stolice biskupie ludzi żonatych, zwłaszcza wdowców o wypróbowanych zaletach umysłu i serca, bynajmniej nie należało do rzadkości.
Jakkolwiek by było z tym późno domniemywanym ożenkiem i ojcostwem, to pewne, że około 704 r. Hubert zasiadł na stolicy biskupiej w Maastricht. Biskupstwo nie było jeszcze wiekowe. Założone na terenach misyjnych w Tongeren (Tongres), przenie­sione potem zostało do znacznie lepiej położonego Maastricht, skąd Hubert postanowił z kolei przenieść je do Liége czyli do starożytnego Leodium, położo­nego nad tą samą Mozą. Miasto rozwijało się wtedy coraz bardziej. Zawdzięczało to swemu położeniu i krzyżującym się na jego terenie szlakom handlowym. Być może, gorliwy biskup chciał też być bliżej górzystych okolic  ardeńskich, których  pełna chrystianizacja wymagała jeszcze wiele trudu. O tym, że dziełu tej chrystianizacji oddawał się gorliwie wiarygodnie mówi ówczesny żywot biskupa. Opowiada ponadto, jak to Hubert, przeczuwając zgon, potrafił przemawiać do wiernych. Wskazywał im na rzeczy ostateczne, a skoro sam stał już nad grobem, upomnienia starca musiały na nich wywierać niemałe wrażenie. Podobno wzywał i prosił swe owieczki, aby żyjąc dobrze, pomogły swemu pasterzowi zasnąć w pokoju.
Przed zejściem wyznaczył też miejsce swego pochówku. Zmarł 30 maja 727 r., a więc po dwudziestu trzech latach biskupich rządów. Pochowano go w kościele Świętych Apostołów. W 743 r. szczątki   przeniesiono na miejsce bardziej godne, przed główny ołtarz  kościoła. W 825 r. część tych relikwii podarowano mnichom z ardeńskiego opactwa w Andage (Andagium), gdzie też rychło powstał główny ośrodek kultu Huberta. Stał się ten kult tak intensywny, że mnisi uwierzyli z czasem, że to oni stoją na straży „całej relikwii”, to znaczy, że u nich znajdują się wszystkie w komplecie szczątki świętego. A pielgrzymi zdążający do tych relikwii zapomnieli pierwotnej nazwy opactwa i miejscowości - skrótowo mówili, że idą do św. Huberta. Tak to z Andage powstała miejscowość o nazwie Saint-Hubert i jako taka istnieje do dziś. Intensywny kult w tamtych czasach łatwo rodził legendy lub przyoblekał się w te, które już istniały i funkcjonowały w innych stronach. Tak stało się też z kultem świętego biskupa, czczonego we wspomnianym opactwie. Słynęło ono z hodowli psów myśliwskich. Mówiono ponadto, że za wstawiennictwem zakonników z okolic opactwa zniknęła plaga wścieklizny. Czy uczeni mnisi mieli w jej zlikwidowaniu jakiś udział?
Udokumentowane to nie zostało, dość że do Saint Hubert coraz częściej zaczęli zjeżdżać leśnicy i amatorzy sportów łowieckich, zainteresowani dobrą rasą nieodłącznych towarzyszy swych myśliwskich wypraw. Przyczyniono się tym wydatnie do tego, by świętego obrać za patrona zawodu leśników, a także łowiectwa, uprawianego zarówno zawodowo, jak i po amatorsku.
Zapewne wcześniej jeszcze kult Huberta spowiła barwna legenda, której bohaterem był ongiś Eustachy, wysoki oficer rzymski. Miał on na polowaniu nieoczekiwanie spotkać jelenia, który pośród złotych rogów miał świetlany krzyż i który zapytał myśliwego, czemu go prześladuje. Dzięki takiemu cudownemu spotkaniu Eustachy miał się nawrócić i przyjąć chrzest święty wyznając następnie odważnie wiarę chrześcijańską, naraził się władzy rzymskiej i poniósł śmierć jako męczennik. Tę to legendę, w której znawcy literatury starożytnej dopatrują się rozmaitych wątków, przejętych z legend Wschodu, dołączono w XI w. lub nieco później do wiarygodnego żywotu św. Huberta. Uległa jednak pewnym modyfikacjom. Hubert po spotkaniu osobliwego jelenia nawrócił się nie z pogaństwa, ale z obojętności i letniości religijnej. Wiódł odtąd życie gorliwe, po brzegi wypełnione służeniem Bogu.
Co wpłynęło na zespolenie wątków? Zajęcia mnichów i ich ulubiony kult czy też wyobraźnia ludu z okolic ardeńskich, trudniących się myślistwem? Może jedno i drugie, albo też lektura dawnej legendy, jej urywków, które żywa wyobraźnia przepisywacza pochopnie odniosła się do świętego. Był to przecież święty, który wydawał się klasztorowi najbliższy, najbardziej czczony.
Trudno tu cokolwiek dokładnego powiedzieć. To  w każdym razie pewne, że kult Eustachego z czasem zmalał, a o towarzyszącej mu legendzie zapomniano, natomiast opowieść o niezwykłej przygodzie z jeleniem na trwałe zespoliła się z imieniem Huberta.
Fascynowała potem wielu. Powielano ją na piśmie, ale ukazywano także w sztukach plastycznych, przy czym w tych ostatnich przez długi czas podobne przedstawienia raz odnoszono do Eustachego, to znów twierdzono, że opowiadać mają o Hubercie. Pierwszego malowali Antoni Pisano, Pallajuolo, Łukasz Cranach, Albrecht Durer. Drugiemu dzieła swych pędzli ofiarowywali przede wszystkim mistrzowie malarstwa flamandzkiego, tacy jak Jan Brueghel, Joachim de Patinir, sam Rubens.
Patronat Huberta nad leśnikami i myśliwymi przyjął się też u nas i wszedł w ustalony kanon zwyczajowy. W dzień poświęcony wspomnieniu świętego - przypadał on nie w dzień jego śmierci, ale na 3 listopada (był to może dzień wspomnianej translacji relikwii) - leśnicy i myśliwi zbierali się na zamówionej uprzednio mszy św., potem organizowali spotkania lub urządzali celebrowane polowania.
Gdzieniegdzie u skraju lasów budowano nawet kaplice ku czci świętego.
Od XV w. poczynając istniały również ordery św. Huberta. Ustanawiali je możni panowie, rozmiłowani w polowaniach, przy czym jednym z ostatnich, który wystąpił z taką inicjatywą, był podobno Jerzy Wilhelm, książę legnicko-brzeski (+ 1672).
Wiele szczegółów o takich elementach kultu św. Huberta znaleźć można w rozmaitych czasopismach, redagowanych przez i dla myśliwych.
Ten myśliwski patronat znalazł też swe odbicie w literaturze pięknej. Wszedł nawet na karty Pana Tadeusza. Dziś już jednak przygasł, a może nawet zupełnie zeświedczał. W wielu środowiskach ostała się jedynie data spotkań i uroczystych, organizowanych łowów.
Nieco inaczej kult świętego ukształtował się wśród ludu. Huberta uważano raczej za orędownika w wypadkach wścieklizny, lunatyzmu, epilepsji itp. Jak ongiś Antoni Pustelnik był opiekunem zwierząt domowych. Zawsze czuwał przede wszystkim nad psiarnią, której obyczaje umiał łagodzić.
Znany był też zwyczaj święcenia kromek chleba w dzień św. Huberta. Istnieje on jeszcze w niektórych okolicach Arden. U nas jednak zwyczaj ten nigdy się chyba nie rozpowszechnił.
Bo też patronat Huberta, zawłaszczony przez myśliwych, stał się domeną szlachty, potem warstw za­możnych, sposobnych do uprawiania elitarnego sportu.
Jakkolwiek by zresztą było, bliżsi religijnej i historycznej prawdy jesteśmy wtedy, gdy Huberta czcimy jako gorliwego duszpasterza, zatroskanego o powierzoną sobie owczarnię.
Niechże więc wspomaga nas, gdy nam samym za­wierzona została troska o innych.
Niech błogosławi, gdy sprawujemy także pieczę nad towarzyszami człowieka, jakimi są zwierzęta domowe.
Imię Hubert jest pochodzenia germańskiego. Złożone jest z członu hugu - rozum i - bert (berth, beraht) - sławny. Całość tłumaczy się - sławny rozum.
W Polsce imię to jest znane, choć niezbyt często używane. (W Panu Tadeuszu przed polowaniem odbywa się nabożeństwo w kaplicy św. Huberta). Poświadczone jest w roku 1265 i 1476 (w tym jako Hubert). Dziś imię to często występuje na Śląsku.
Odpowiedniki w innych językach: łac. Hubertus, Hugbertus, Hugobertus, Huppertus, ang. Hubert, fr. Hubert, Humbert, Imbert, Heubert, niem. Hubert, Hubracht, Humbrecht, Hubrecht, wł. Uberto, Umberto, hiszp. Huberto, tos. Gubert.